7 grzechów głównych na festiwalu

7 grzechów głównych na festiwalu 7 grzechów głównych na festiwalu

Czy jesteś pewien, że ich nie popełniasz?

Stało się, decyzja zapadła, nie ma już odwrotu. W tym roku jedziesz na festiwal!

Czas kliknąć "Wezmę udział" na oficjalnej stronie wydarzenia i wrzucić zdjęcie biletu na facebooka. Jadę na Coke Live! - w cudownym nastroju. Odkąd ogłosili koncert Twojego ulubionego zespołu nie możesz przestać słuchać ich ostatniej płyty. Po cichu liczysz, że poleci któryś z Twoich ulubionych kawałków.

Strzeż się jednak siedmiu grzechów głównych, które popełnia wielu ludzi podczas festiwalu albo koncertów w ogóle. Potraktuj moje rady z przymrużeniem oka, ale pamiętaj, że w każdym „żartowałam” jest trochę prawdy. Ku przestrodze.

 

Takie buty

Nie żartuję, zacznijmy od butów. Ich wybór jest o wiele ważniejszy, niż mogłoby się wydawać. Zastanów się - gdzie się wybierasz? Jeśli jedziesz na Goądupę, przygotuj się na mnóstwo chodzenia. Przestrzeń festiwalowa jest duża, a w dodatku znajduje się w górach. Jedziesz na Open’era? Moda to jedno, pamiętaj, że na dużych festiwalach pod gołym niebem wydarzyć się może wiele rzeczy, a radykalna zmiana pogody to jedna z nich. Festiwal Seazone to nie tylko muzyka, ale i panele dyskusyjne, konferencje i seminaria, które odbywają się w prestiżowych lokalizacjach, między innymi w hotelu Sheraton czy Państwowej Galerii Sztuki. Dobrze dobrane obuwie to obowiązek. Nie chcesz chyba brodzić po kostki w błocie w swoich nowych sandałkach z Ryłko za trzy stówy, tak, jak nie chciałbyś kisić się przez dwie godziny w kaloszach na prelekcjach w teatrze. Pamiętam dobrze, że jeszcze w liceum wypracowałam ze swoją przyjaciółką bardzo ważną zasadę, która brzmi: nie bierz nowych butów na najebkę. Festiwal ma być zabawą i odpoczynkiem, a na taką okazję najlepiej postawić na wygodę i uniwersalność. Zastanów się więc, czy warto brać niebotyczne koturny, jeśli festiwal odbywa się w plenerze i czy chcesz ryzykować przygniecenie ciężkim glanem, jeśli na Metalmanię przywdziejesz balerinki i oczocho wskoczysz w tłum. Moim zdaniem nie warto.

 

Człowiek z tłumu

Jest i on, człowiek z tłumu. Jego głównym celem podczas tego koncertu jest dojść pod samą scenę i traktuje to zadanie zupełnie serio. Naprawdę, wyluzuj. Rozumiem, że Paradise Lost to Twój ulubiony zespół - nie da się tego nie zauważyć, skoro masz koszulkę z ich logo, nerkę z naszywką i napis PARADISE na jednym policzku oraz LOST na drugim. Twoje przepychanki nic nie dadzą – ludzi pod sceną jest tyle, że nie ma już miejsca i prawdopodobnie nie uda Ci się dotrzeć pod barierki, szczególnie jeśli trafisz na ekipę, która spontanicznie zdecyduje porwać Cię na crowdsurfing. Są dwa najgorsze przypadki wśród przeciskających się ludzi: pierwszy z nich to Ci, którzy znajdują się naprawdę blisko sceny. Czy te 5 metrów jest warte takiego wysiłku? Miałeś dużo czasu, aby przyjść przed koncertem i ustawić się pod samą sceną. Drugi zaś, to Ci, którzy przeciskają się podczas kameralnych wydarzeń. Wczuwasz się w muzykę, zamykasz oczy, na scenie jest tylko wiolonczela i wokal, aż tu nagle z transu wyrywa Cię jakaś banda, która akurat teraz MUSI pójść pod scenę. Niech to dunder świśnie.

 

Crowdsurfing - ciężka sprawa

Możecie powiedzieć, że jestem stara i nie wiem, co znaczy prawdziwy rock’n’roll, ale od zawsze mam problem z crowdsurfingiem. Bardzo unikam spotkań z czyimś lewitującym ciałem – nie wiem, za co mam łapać, boję się, że nie dam rady utrzymać czyjegoś ciężaru, albo zwyczajnie dostanę palcem w oko lub butem po twarzy (been there). No i znowu dochodzi kwestia skali wydarzenia – rozumiem, jeśli to jest duży koncert jakiejś wielkiej gwiazdy rocka. Niech stracę. Rock’n’roll. Jednak jeśli na widowni jest tylu ludzi, że po 20 minutach koncertu rozpoznajesz już wszystkie twarze, crowdsurfing staje się koszmarem. Wtedy dorosłego mężczyznę przenosi nie kilkadziesiąt, a kilka osób, a ja nie chcę dźwigać tej odpowiedzialności na swoich barkach.

 

Gadające głowy

Koncerty to nie zawsze bomba energetyczna i hałaśliwe, mocne granie. Brzmi, jak oczywistość, ale zawsze znajdą się ludzie, którzy tego nie rozumieją. Jeśli idziesz do mniejszego klubu, a na scenie stoi, taki powiedzmy, Jamie Woon, który wykonuje akustyczną wersję jednego ze swoich kawałków, nie psuj innym tego wieczoru i nie rozmawiaj głośno ze swoim towarzyszem – niezależnie od tego, czy komentujecie jego występ, czy podejmujecie jakikolwiek inny temat, który akurat zaprząta wam głowę. To, co mówicie, słyszy wiele osób i jeśli rozmowa trwa za długo, potrafi naprawdę sfrustrować. Posłużyłam się przykładem Jamiego Woona, ponieważ słyszałam o zajściu z jednego z jego koncertów w Warszawie, które jest książkowym zobrazowaniem efektu domina. Dwie dziewczyny postanowiły uciąć sobie pogawędkę, która zdenerwowała stojącą obok parę. Zaniepokojona para zaczęła głośno wyrażać niezadowolenie ich rozmowy. Kolejna para usłyszawszy parę poprzednią, zaczęła gadać na nią. Nie wiem, ile jeszcze osób uczestniczyło w tym zdarzeniu, ale taka forma gry w głuchy telefon nie jest chyba najlepsza na koncerty.

 

Urwany film

Za chwilę koncert, idziemy na szoty? DON’T DO IT. Nie ma nic gorszego niż pijani ludzie na koncertach. Mówię oczywiście o skrajnych przypadkach. Jeśli jesteś tak pijany, że nie wiesz co się dzieje, gubisz znajomych albo decydujesz się w połowie festiwalu pójść do łazienki i nie wiesz, jak wrócić – jest źle. Nie ma nic gorszego, niż nie pamiętać, co grało i czy było fajnie. Zostają tylko rozmyte zdjęcia i chaotyczne nagrania, które w przypływie emocji zacząłeś robić telefonem, który i tak prawdopodobnie zgubisz.

 

Rozładowany telefon

„Dobra, to ja pójdę na scenę główną, wyjdę jakoś wcześniej i spotkamy się pod namiotami. Zadzwonię”. Jeśli jedziesz na festiwal większą grupą, najważniejsza jest łączność. Co, w przypadku, gdy rozładuje Ci się telefon? Znalezienie swoich znajomych na naprawdę dużych festiwalach graniczy z cudem i możesz albo poprosić kogoś, żeby pożyczył Ci telefon i dał zadzwonić do koleżanki (jeśli pamiętasz jej numer) albo krążyć, jak błędna owca w poszukiwaniu zagubionego stada. Trudne problemy zostawione same sobie stają się jeszcze trudniejsze. Zadbaj więc o power banka, aby nie musieć się denerwować, że coś Cię omija. Jeśli wiesz, że Twój telefon jest na granicy rozładowania, ustal konkretne miejsce spotkań i trzymaj się harmonogramu. Tego punktu, naturalnie, nie trzeba bezwględnie przestrzegać – zawsze możesz poznać nowych znajomych i spędzić z nimi trochę czasu, zanim odnajdziesz resztę grupy. Tak powstają dobre historie!

 

This is balagan

Trochę treści umoralniającej. Nie bądź bałaganiarzem! Wiem, że to nie jest łatwe, kiedy wokół pulsuje muzyka, Ty jesteś w nastroju do zabawy, a w zasięgu wzroku nie ma kosza na śmieci. Warto rozejrzeć się dokładniej – może organizatorzy pomyśleli o dodatkowym kontenerze na odpady? Świadomość w tej kwestii rośnie i z roku na rok coraz więcej festiwali szuka odpowiednich rozwiązań. Jednym z nich są kubki wielorazowego użytku – na Hip Hop Kempie przy zakupie pierwszego piwa dostajesz kubek, który jest każdorazowo wymieniany przy zakupie kolejnego piwa, a wszystko to po uiszczeniu kaucji w wysokości 50 CZK, co daje około 8 zł. Po festiwalu możesz zabrać kubek ze sobą, albo pójść do skupu, gdzie otrzymasz zwrot kaucji. OFF Festival również oferuje tego typu rozwiązanie – kubek nabędziesz za kaucją 7,50 zł, przy każdym zakupie napoju jest myty lub wymieniany na nowy, a dodatkowo dostajesz specjalną rączkę, która umożliwia przyczepienie go sobie do paska. Czy nie przyjemniej jest spędzać czas w miejscu, w którym możesz swobodnie usiąść na trawie bez obawy, że po chwili będziesz wytrzepywał spodnie z niedopałków? Czy wrzucenie śmieci do jednego worka, zamiast wyrzucać je gdzie popadnie wymaga dużo wysiłku? Koniec moralitetu!

dziękuję Adamowi Płońskiemu za pomoc w przygotowaniu materiału

Małgorzata Ostoja Domaradzka

Małgorzata Ostoja Domaradzka

Wrocławianka, od czterech lat mieszka w Warszawie. Jej największą pasją jest sport i muzyka - przez wiele lat trenowała siatkówkę, od 2015 roku pasjonatka wspinaczki sportowej.