Open'er 2017 - nasza relacja

Open'er 2017 - nasza relacja Open'er 2017 / fot. Nachspiel

Tegoroczny line-up Openera był bardzo solidny. Oczywiście każda edycja przyciąga wielkimi nazwiskami, jednak w tym roku Alter Art postawił na prawdziwych gigantów, żeby w niektórych przypadkach nie powiedzieć – dinozaurów. Pięć największych nazw z plakatu to Radiohead, Foo Fighters, The Weeknd, The XX i Lorde. Wszyscy udźwignęli nadany im status, dając z siebie sto procent energii.


Headlinerzy


Naszym zdaniem to Radiohead i Foo Fighters zgromadzili pod Main Stage największe tłumy. Od tych zespołów cała reszta może się uczyć, jak grać porządne koncerty. Okazuje się bowiem, że grając na festiwalu, nie musisz kończyć występu po godzinie (ba, ani nawet po dwóch). Możesz też porwać setki tysięcy ludzi do tańca, po czym wzruszyć ich do łez. Tak właśnie było z Foo Fighters. 

Ich koncerty nie bez powodu są legendarne. Grohl to prawdziwa ikona! Jest uwielbiany nie tylko za swoje muzyczne zasługi, ale także za poczucie humoru i niesamowitą osobowość. Publiczność go kocha i chętnie daje mu się porwać. Z kolei on na scenie czuje się jak ryba w wodzie, co widać w każdej sekundzie koncertu. Występy Foo Fighters to po prostu czysta energia – niezależnie od tego, czy jesteś fanem czy nie, warto zobaczyć ich na żywo.

Zespół przygotował także niespodziankę dla polskich fanów i zagrał nowy kawałek razem z wywołaną z backstage’u, odpoczywającą po odbywającym się chwilę wcześniej koncercie The Kills - Alison Mosshart. “La Dee Da” w wykonaniu dwóch tak charyzmatycznych osób na długo zapadnie w pamięć zarówno fanom Foo Fighters jak i The Kills. 

Między Dave’em i Alison czuć niesamowite połączenie, które dodatkowo wzmacniało całą piosenkę. Szczerze mówiąc nie wiemy, czy ludzi bardziej ucieszył nowy kawałek Foo Fighters, czy raczej sam duet, który go zaprezentował.

Koncert Radiohead był o wiele bardziej wymagającym wydarzeniem, zarówno pod względem wizualnym, jak i muzycznym. Osoby znajdujące się dalej od sceny nie mogły liczyć na transmisję koncertu na telebimach, na których co jakiś czas pojawiały się zaledwie fragmenty tego, co działo się na scenie. 

W warstwie dźwięku było dobrze, nawet bardzo dobrze. Utwory z ostatniego albumu anglików "A Moon Shaped Pool" brzmiały zaskakująco ciekawie, a brak kultowego “Creep” z debiutanckiego "Pablo Honey" jedynie zrobiło miejsce na inne, bardziej zapomniane (a może i nie) numery. Był nastrój, były łzy fanów, były przyśpiewki publiczności, dla wielu był to koncert życia. Wszystko się zgadzało.

Nie można też pominąć sobotniej headlinerki, która była w naszym odczuciu największym zaskoczeniem. Nowozelandka na naszych oczach staje się prawdziwą sceniczną diwą. Niespełna 21 letnia Lorde na scenie jest pewna siebie i jednocześnie bardzo naturalna, a swoją muzyką i spontanicznością, mimo padającego deszczu, potrafiła przyciągnąć pod scenę nie mniejsze tłumy niż The Weeknd czy The XX. 

A właśnie, zaskoczeniem był także występ The XX – ich koncert rozwiał wszelkie wątpliwości co do ich statusu gwiazdy dużego formatu. Piękna i melancholijna muzyka zespołu stworzyła niesamowicie intymny klimat, pomimo tysięcy ludzi zgromadzonych pod sceną. Warto było walczyć z deszczem, żeby doczekać finału.


Main Stage, co więcej..?


Na tej scenie podczas minionej edycji odbyło się osiemnaście koncertów, z których prawie żadnego nie powinno się pominąć. Poczynając od polskich zespołów, po podbijających z impetem zagraniczne listy przebojów światowych artystów - można było tu odnaleźć wszystko to, co w mainstreamowej (ale nie tylko) muzyce jest świeże i ukochane przez publiczność. Bardzo możliwe, że te zespoły już w niedługim czasie uzyskają status headlinera.

Zdecydowanymi highlightami były występy Royal Blood, którzy pokazali, że prawdziwy rock&roll jeszcze nie umarł; The Kills - za swoją charyzmę i że tym razem nie odwołali swojego koncertu, Moderat za niesamowity klimat i wizualizację oraz George Ezra, który urzekł nas przede wszystkim swoją brytyjską uprzejmością.


Polskie zespoły


Tegoroczna polska reprezentacja na Openerze robiła wrażenie. Młode zespoły udawadniają po raz kolejny, że nasz rynek muzyczny nie ma się czego wstydzić. Od eksperymentalnego jazzu, przez najlepszy hip-hop czy niewiasty grające na ukelele po elektronikę, której nie powstydziliby się rezydenci londyńskich klubów. Polscy muzycy otwierali scenę główną każdego dnia Open’era, czy kiedyś ją zamkną?

Po koncertach The Dumplings z Orkiestrą, Sorry Boys, Brodki, czy dość kontrowersyjnym dla co niektórych występie Taco Hemingway’a - uważamy, że nadanie przez organizatorów Open’era któremuś z polskich wykonawców statusu headlinera nie jest wykluczone. Nasi artyści są coraz lepsi, coraz odważniej czerpią z obecnie panujących trendów muzyki popularnej czy niezależnej. I choć przed nimi jeszcze długa droga, wymagająca nabrania w pewnych kwestiach pokory i odnalezienia we wspomnianych wyżej trendach własnej duszy, to należą się im bardzo duże brawa!

Julia Pietrucha, Agim, Bownik, Bitamina, Buslav, szalejąca na scenie w tanecznych pląsach Daria Zawiałow, Gverilla, Francis Tuan i wielu innych, których mogliśmy pominąć - im wszystkim należą się ukłony za nowe dźwięki i porywające koncerty tegorocznej edycji Open’era.


Mniejsze gwiazdy/zaskakujące bookingi


Opener potrafi także zaskoczyć. Występy mniejszych gwiazd na scenach Alter czy Tent gromadziły raz większe (genialny koncert Benjamina Bookera), raz mniejsze (Blank Mass, który grał dla 30 osób) tłumy i jedynie potwierdzały, że nawet najbardziej wymagający melomani znajdą coś dla siebie w ten pierwszy lipcowy weekend. 


Minusy


Czym byłby tegoroczny Open’er bez deszczu? Prawdziwym wakacyjnym cudem! Niestety, pogoda nie pozwalała zapomnieć festiwalowiczom o swoich kaprysach. Przez pierwsze dwa dni byliśmy rozpieszczani iście wakacyjnym klimatem, żeby przez resztę wydarzenia chować się przed deszczem i lodowatym wiatrem.

Pogoda to jedno, na szczęście niezależne od organizatorów. Niestety coraz mocniej bije po oczach zmniejszenie ilości artystów w line-upie oraz... zmniejszenie scen na rzecz rozbudowania stref bitu. Nie wiemy, w  jaką stronę zaczyna zmierzać Open’er, ale może warto skrócić formułę festiwalu z czterech do trzech dni i np. dołożyć większą ilość scen? Żeby uczestnicy nie byli zmęczeni tak długim czasem trwania wydarzenia, a line-up wyglądał na bardziej atrakcyjny?

I ostatnie, nad czym wyraźnie warto byłoby wreszcie popracować, to zielony pas murawy festiwalu, który przypomina czasem nie lotnisko, a poligon wojskowy. Czy kiedyś doczekamy się równego i dobrze oświetlonego przejścia przez trawiaste włościa od Tentu do Main Stage?


Plusy


Pierwszy, skomunikowanie festiwalu z miastem specjalnie uruchomioną linią autobusową. Może czasem zawodzi w niektórych busach klimatyzacja, może bywają przepełnione... ba nawet zdarzyło się, że pierwszego dnia stały w korku na trasie prowadzącej na Babie Doły. Przyznać jednak trzeba, że władze Gdyni i organizator festiwalu przez lata wypracowali bardzo dobre rozwiązania logistyczne zapewniające nam sprawną podróż z terenu Open'era do Dworca Głównego w Gdyni. 

Drugi plus? Festiwalowe strefy! Jeżeli ktoś znalazł chwilę pomiędzy koncertami, miał co robić. Open’er to całe miasteczko atrakcji wypełnione po brzegi muzyką, gdzie obok trzech scen znajdziesz cztery strefy pełne foodtrucków, butików, oraz innych atrakcji. Miasteczku, w którego przestrzeń została wpleciona sztuka współczesna (Muzeum Emigracji, warszawski MSN), hangar z silent disco, scena Red Bulla, Strefa Jelenia, Alter Cafe, Fashion Stage, namiot Żywca oraz wiele innych miejsc, o których istnieniu biegając między największymi scenami mogłeś nie mieć zielonego pojęcia. Więcej o Open’erowych strefach przeczytacie u nas już wkrótce. Stay Tuned.

Po trzecie, powrót wielkich namiotów teatralnych zlokalizowanych obok miasteczka festiwalowego. W ubiegłym sezonie spektakle odbywały się nie dość, że w dużo mniejszej przestrzeni namiotu Alter Cafe, to jeszcze ich czas pokrywał się idealnie z pierwszymi koncertami. na szczęście Alter Art powrócił do poprzedniej formuły i teraz teatrem na Open'erze możemy cieszyć się bez kolizji z koncertami. 


tekst: Redakcja

Joanna Puławska

Joanna Puławska

Fanka festiwali, która z każdego tego typu wydarzenia zawsze stara się wyciągać wszystko to, co najlepsze, krążąc od sceny do sceny w towarzystwie innych muzycznych zapaleńców. Odkąd pamięta interesuje się muzyką i nie wyobraża sobie życia w ciszy.